Friday, 1 February 2013

Marseille, France part I

Marseille, France part I:

Alright guys, I'm back, rested, refreshed and ready for action. The last few days of my university term were rather stressful and I was basically living in a library, but it's all good now. Straight after submitting our essays, together with my classmates Anna and Chantal, we bought cheap plane tickets (16 quid!) and went to visit a vibrant, multicultural French city, Marseille. We've rented an apartment and for a few days lived just above the Vieux Port, the old harbor of Marseille. I really enjoyed staying there, the city is authentic, exotic and lively and as far away as possible from those "open air museum" kind of cities, where you can only find tourists, students and more tourists. Additionally, this year Marseille has become an European Capitol of Culture for 2013 and we were lucky enough to be there for the opening weekend celebration. It was impressive, with music on every corner, soap bubbles everywhere, parades, and just when we started thinking that this fête can't get any more spectacular...


Jestem z powrotem, obecna, ćwicząca! Miałam sporo pracy i stresów okołouniwersyteckich w ostatnim czasie, ale już odkopałam się spod zaległości i na początek chciałam pokazać Wam pierwszą część z mojego wyjazdu do Marsylii w połowie stycznia. Wybrałam się tam z Anną i Chantal, koleżankami ze studiów, któregoś popołudnia po prostu kupiłyśmy bilety za 16 funtów, spakowałyśmy się w bagaż podręczny i na kilka dni zamieszkałyśmy w mieszkaniu nad starym portem jednego z najstarszych miast w Europie. Marsylia jest prawdziwa, multikulturowa i tętni życiem, daleko jej do miasta-skansenu, gdzie po usunięciu turystów i studentów zostają pojedyncze jednostki. W tym roku Marsylia dodatkowo pełni honory Europejskiej Stolicy Kultury, a nam udało się trafić akurat na weekend uroczyście inaugurujący to wydarzenie. Była muzyka na każdym rogu, balony, bańki mydlane, parady i  właściwie wydawało nam się, że większej fête już zrobić się nie da.


...we've bumped into a breathtaking show on a main square of the old town, when acrobats dressed as glittery angels/chickens were dancing on the lines high above our heads and spilling huge amounts of white feathers, accompanied by a large puffed cupid/Michellin Man. The music started to play and suddenly we've found ourselves dancing in the feathers with a bunch of complete strangers, aged from 3 to 93. And it was fun!


I wtedy właśnie trafiłyśmy na podniebny pokaz akrobatów przebranych za brokatowe anioły/kurczaki, tańczących i rozrzucających punkt o 23 olbrzymie ilości piór nad jednym z głównych placów miasta, w akompaniamencie gigantycznego dmuchanego amora/ludzika Michellin. W szał tarzania się w piórach wpadły nie tylko dzieci, na rynku przez kilkanaście minut trwał masowy, pierzasty taniec.


City had been cleaned by the time we woke up, but we could still spot numerous heaps of feathers in the smaller back streets during the rest od our stay. Actually, I brough quite a lot of them back to London, in my pockets, camera bag and all the other nooks and crannies.


Zanim się obudziłyśmy, miasto zostało posprzątane, ale i tak przez cały wyjazd natykałyśmy się na smętne zaspy pierza w co mniej uczęszczanych uliczkach. Pióra miałam też w kieszeniach, torbie z aparatem i wszystkich innych zakamarkach, całkiem sporo z nich przywiozłam z powrotem do Londynu.


The perfect morning must-eat in Marseille, apart from the classic combo baguette plys chees, contains navettes, a long and really hard biscuites, perfumed with orange flower water. Their taste, together with verben tea, will alyways remind me of this place - they are one of these thing, which lose all their delight and taste when eaten somewhere else that in the place of origin.


Poranek idealny w Marsylii, poza klasycznym zestawem bagieta i ser, musiał zawierać też navettes, długie i koszmarnie twarde ciastka, z dodatkiem wody z kwiatów pomarańczy. Ich smak, razem z herbatą z werbeny, będzie mi się zawsze kojarzył z tym jednym miejscem - to zdecydowanie jedne z tych rzeczy, która po wywiezieniu z miejsca pochodzenia tracą cały smak i urok.


A day after the feather show, we spotted a parade, where every part of Provance region was presenting traditional clothes, dances or food. It was quite funny to look at sheep marching at Marseille's main shopping street or people with shopping bags in their hands, trying to pass round a donkey. I also really liked the fact that there were young people and order people together, not only cooperating, but also looking like they were having a really good time.


Dzień po atrakcjach z piórami trafiłyśmy też na paradę, gdzie każda część Prowansji prezentowała swoje tradycyjne stroje, zwyczaje czy jedzenie. Śmieszne było patrzeć na spacerujące po głównej ulicy miasta owce i ludzi wychodzących ze sklepów z zakupami, próbujących ominąć osła. Podobał mi się też przekrój wiekowy uczestników - wszyscy dziarsko maszerowali razem, od ledwo drepczących dzieci po starsze osoby i wyglądali, jakby naprawdę dobrze się przy tym bawili.


We have also visited an old tobacco factory, which currently houses an exhibition of modern art, a bistro with a coffee place, several little gardens small skatepark and lots of odd vehicles. I didn't enjoy the current exhibition too much, but the place itself is definitely quite interesing.


Odwiedziłyśmy też starą fabrykę tytoniu, która mieści teraz dużą wystawę sztuki współczesnej, bar/restaurację, skatepark i dużo dziwnych wehikułów. Aktualna wystawa mnie nie wciągnęła, była zdecydowanie z gatunku "kawałek drutu i dwie strony objaśnień, co artysta miał na myśli", ale miejsce samo w sobie jest bardzo ciekawe.


One day we've decided to go to Cassis, a little resort by the sea, which is full of people in the summer and almost dead in the winter. We have walked a bit among the beautiful rocky sea shore (this are is famous for so called "French fjords", Les Calanques), discover a small, hidden beach and went to a little restaurant in the port to hide from the rain.


Któregoś dnia wybrałyśmy się też do Cassiss, nadmorskiego miasteczka, które latem jest pełne turystów, a zimą praktycznie wymarłe. Przeszłyśmy się wzdłuż pięknego, skalistego wybrzeża (ten kawałek wybrzeża słynie z tzw. francuskich fiordów, czyli Les Calanques), odkrywając po drodze małą, ukrytą plażę. Zaczął padać deszcz, więc schowałyśmy się na obiad w jednej z portowych restauracji.


My fish was rather average, but Anna ordered mussels and they were fresh and delicious. The sun started to shine, so we spent a little more time on a beach before catching a bus back to Marseille. As I still have loads of pictures, I'll publish the rest of the (my favourite part!) soon. Stay tuned!


Ja średnio trafiłam z zamówioną rybą, ale Anna wzięła małże, które były świeże i smaczne. Na szczęście szybko wyszło słońce i mogłyśmy posiedzieć na plaży, zanim nadszedł czas na powrót do Marsylii. Ponieważ zdjęć jest dużo, postanowiłam moją relacją podzielić - druga, moja ulubiona część, ukaże się niebawem.

London's Canals & The Breakfast Club

London's Canals & The Breakfast Club:

There are a lot of things that can be associated with London, but I guess that romantic canals and boat life are not the first things that come to our minds. Meanwhile, London has an impressive system of canals, which were built hundreds of years ago to transport goods from one parts of the city to the others. Nowadays they are a nice viariety on a London's walks map, but they're also home to quite a big number of people. The occupants of barges and boats are mostly people, who want to live in a slower way, closer to nature, but without moving out from the city. Of course, there's also a lot of people who happen to live there quite accidentaly or simply are looking for a cheaper accomoddation (which is not so obvious nowadays, as one have to pay quite a lot for the moorage, unless someone wants to move to another place every two weeks), but in most cases it's the romantic/nostalgic type. On the other hand, living on a boat is becoming more and more popular amongst rich businessmens and all the other bigwigs.


Jest wiele rzeczy, z którymi może kojarzyć nam się Londyn, ale podejrzewam że niewiele jest osób, które łączą go z romantycznymi kanałami i życiem na barkach. Tymczasem miasto ma całkiem solidną sieć kanałów wodnych sprzed kilkuset lat, które kiedyś służyły do transportu towarów, a obecnie są ciekawym urozmaiceniem tras spacerowych, ale także i domem dla całkiem sporej grupy osób. Na łodziach i barkach mieszkają głównie miłośnicy życia bliżej natury, którzy nie chcą jednak rezygnować z mieszkania w mieście. Są też oczywiście dość przypadkowi mieszkańcy, albo osoby liczące na zmniejszenie w ten sposób kosztów utrzymania (co wcale nie jest zbyt łatwe, bo o ile nie chcemy przenosić się co chwilę w inne miejsce, musimy liczyć się z dość sporą opłatą za cumowanie), ale przeważa typ nostalgiczno-romantyczny. Z drugiej strony mieszkanie na wodzie staje się coraz popularniejsze i posiadanie barki staje się powoli bardzo modne wśród bogatych biznesmenów i różnej maści celebrytów.


The canals spread across a big part of London, so it's not surprising that we can see how the look of the boats changes along the way - from old, little ones with wood burning toves on the east side of the city to huge barges/apartaments in Little Venice.


Kanały ciągną się przez dużą część Londynu, spacerując możemy więc zaobserwować jak zmienia się wygląd zacumowanych barek - od starych, opalanych drewnem łódek we wschodniej części miasta, po barki-apartamenty bliżej centrum, w tzw. Little Venice.


The surroundings also change - we can walk through beautiful parks (on the first picture you can see Victoria Park) and see huge villas in the Regent's Park area and then move to deserted estates in the East (if you're curious about the portraits in the windows, you can read abou the project here".


Zmienia się także krajobraz otaczający kanały, od pięknych parków (na pierwszym zdjęciu Victoria Park) i ogromnych willi w rejonie Regent's Parku, przez pustawe osiedla (jeżeli jesteście ciekawi o co chodzi z portretami w oknach, możecie poczytać o projekcie tutaj), po sypiące się domki w okolicach Old Ford.


But people are not the only creatures who live on the boats. During my walks I have met quite a big number of different animals - from ducks and swans waking up the boat owners every (early) morning, through cats and dogs to more unusual species like warthogs. There is one place, where canal crosses the Zoo in Regent's Park and warthogs and the birds of prey were fortunate enough to get the run with a canal view.


Barki zamieszkują nie tylko ludzie - podczas moich spacerów spotykałam całkiem sporo zwierząt. Od kaczek i łabędzi, budzących mieszkańców łodzi waleniem dziobem w drzwi kabiny, przez psy i koty, po nieco bardziej zaskakujące gatunki, takie jak guźce. Jeden z kanałów przechodzi przez ogród zoologiczny w Regent's Park i wybiegi z widokiem na wodę trafiły się akurat guźcom i drapieżnym ptakom.


Apart from the residential barges, one can quite often see other types of boats. There are bookshops and libraries, coffee places and bars or even services like Tarot cards reading. The waterside has developed a variety of servieces like boat-mechanics or drive-through shops.


Oprócz barek mieszkalnych, dość często można spotkać barki "usługowe" - księgarnie, bary, a nawet trochę mniej typowe usługi ezoteryczne. Rozwinęło się też całe zaplecze usługowe na nadbrzeżu - przystanie z dostępem do bieżącej wody i elektryczności, sklepy, do których można bezpośrednio podpłynąć i zrobić zakupy bez konieczności opuszczania łodzi czy serwisy napraw.


I'm almost sure that this one is home to John and Karen.


Tutaj na pewno mieszkają John i Karen.


One of the best things about walks along the canals is that in every moment you can go back to the dry streets and have something delicious to eat. One of those nice spots in the neighbourhoos is The Breakfast Club in Spitalsfields. Last Sunday I went there with Marta and Ula and even though we arrived shortly after opening, we had to spend almost an hour, queuing to get in. It was the best dressed queue I've been ever waiting in on a Sunday morning.


W spacerach nad kanałami wspaniałe jest też to, że w dowolnym miejscu można wyjść z powrotem na ulicę i zjeść coś dobrego. Jednym z takich miejsc, które od kanału dzieli tylko krótki spacer, jest The Breakfast Club w Spitalfields (mają też kilka lokali w innych częściach Londynu). W ostatnią niedzielę wybrałam się tam z Martą i z Ulą, i mimo że przyszłyśmy zaraz po otwarciu, musiałyśmy odstać swoje w najbardziej wystylizowanej kolejce, w jakiej kiedykolwiek zdarzyło mi się stać w niedzielny poranek.


Shortly after we've made it inside, we ordered green and orange smoothies and a proper breakfast. Marta chose american pancakes with fruit and vanilla cream, Ula took burrito with scrambled eggs,  chorizo and cheese, served with guacamole, sour cream and salsa and I set my mind on falafel wrap. Everything was delicious and the portions were huge.


Kiedy już udało nam dostać się do środka, zamówiłyśmy po owocowym smoothie i konkretnym śniadaniu - Marta zdecydowała się na amerykańskie naleśniki z owocami i syropem klonowym, Ula wzięła burrito z jajecznicą, chorizo i serem, podaną z guacamole, śmietaną i salsą, a ja wybrałam wrapa z falaflem. Wszystko było dobre, a porcje naprawdę solidne.


And last but not least, my biggest discovery of that day - can you see the Smeg fridge on the right? It's a secret door to an underground pub. How cool is that?!


A na koniec hit - widzicie lodówkę po prawej stronie? Po otworzeniu drzwiczek możemy przez nią przejść do ukrytego w piwnicy baru. Uwielbiam takie dziwaczne miejskie odkrycia!

The Breakfast Club, 12-16 Artillery Lane, E1 7LS, London